Blogg

RSS
  • Paul McCartney 22.06.2013

    5 jul 2013, 10:23

    Ciepłe południe, czas kiedy powinnam właśnie uczyć się do egzaminu to zdecydowanie bardzo dobry moment, by dodać relację z koncertu. ;)

    Nie wiem właściwie co sprawiło, że kupiłam bilet na Paula. Chyba świadomość, że to BEATLES. Przyznam się szczerze, że nie znam wszystkich płyt Beatlesów dokładnie, a nawet zaryzykuję stwierdzeniem, że słabo (ale nadrabiam!). Jednak słyszane raptem the best of nie cofnęło mnie przed tym (niestety drogim na kieszeń studencką) wydatkiem. Był moment, że żałowałam. Wszystko przez sesję, nie chciało mi się nic, zmęczona natłokiem egzaminów, w gorący dzień, niewyspana i totalnie zmęczona po poznańskiej Nocy Kupały ruszyłam do Warszawy. I znowu kolejny wydatek - bilet na pociąg, trzygodzinna podróż z bólem głowy, brzucha i wrażeniem, że zaraz zemdleję. Ale dałam radę! Po dotarciu do Warszawy, wymieniłam bilet w kasie przy stadionie (bo przesunęli scenę - ogranizacja Live Nation jak zwykle pozostawia wiele do życzenia), po czym przez prawie 2 godziny chłodziłam się przy fontannie w Złotych Tarasach. Zdecydowanie pomogło. Godzina 19 - po najedzeniu się w jednej z fastfoodowych restauracji i wypiciu herbaty na balkonie na Bora Bora :D (ulica Bora-Komorowskiego) u mojego kochanego kuzyna, przespałam się chwilę i przed 20 ruszyłam na Stadion Narodowy.

    Tłumy tłumy tłumy i długie kolejki. Tak mogę skomentować widok na Pradze. Nie wiem jak to się stało, że udało mi się prześlizgnąć do wejścia BEZ kolejki i BEZ sprawdzania torebki :D Co mi się spodobało? Widziałam niemal wszystkie pokolenia. Dużo ludzi przychodziło z rodzinami, poubierani w cudowne beatlesowskie koszulki i w jeszcze lepszych nastrojach. Dopiero wtedy poczułam tę atmosferę i cieszyłam się, że tam jestem (swoją drogą to pierwszy koncert, na który pojechałam sama). Przechodząc obok ostatniej bramy, zaczepił mnie podpity mężczyzna pytając, czy może do mnie dołączyć, bo zgubił znajomych - całkiem śmieszna sytuacja, bo on chyba już nie kontaktował zupełnie. Dlatego właśnie nie jestem za tym, by sprzedawać alkohol na tego typu imprezach (przecież do takiej muzyki nie potrzeba żadnych wspomagaczy!). Gdy stewardzi poprowadzili mnie na moje miejsce, załamałam się... Przecież jestem na koncercie i mam siedzieć? Nie wyobrażam sobie tego. Dlatego już po drugim utworze Paula stałam przy barierce, bo nogi same mi chodziły.

    Paul Paul Paul... mimo swego wieku nadal jest przystojny i pięknie śpiewa :) Dodatkowo - wspaniale porusza się po scenie. Nie wyglądał na 71 lat, w moich oczach maksymalnie na 50! Co prawda widziałam go tylko na telebimie, bo z dalekiej odległości wyglądał jak kolorowa mróweczka i nie sposób byłoby ocenić. W każdym razie - ruchy sceniczne jak sprzed kilkudziesięciu laty, podskoki, bieganie i taniec, ten muzyk zarażał niesamowitym optymizmem. Trzeba podkreślić, że miał niesamowity kontakt z publiką. Próbował mówić po polsku i wychodziło mu to całkiem dobrze. Oprawa wydarzenia była cudowna, ogień i fajerwerki na utworze 'Live And Let Die', czerwono-białe konfetti na koniec koncertu, a co najważniejsze zachowanie fanów! Pomijając to, że do 'Ob-La-Di Ob-La-Da' siedzieli, to naprawdę wykonali kawał dobrej roboty. Po każdym utworze oklaski, okrzyki i piski były niezliczone, a na 'Hey Jude' publika pokazywała wydrukowane kartki 'Hey Paul'. Piękny był wspólny śpiew, kilka razy miałam łzy w oczach i krążyły mi po głowie myśli, że to na pewno nie jest pierwszy i ostatni jego koncert w Polsce. Jak przyjedzie jeszcze raz, to na pewno kupię bilet pod sceną! Niemal trzy godziny pełne ekstazy, emocji, prawie 40 utworów z repertuaru The Beatles i The Wings... Kto z jakichś powodów nie był, niech żałuje.

    Skończyło się przed północą. Ten ciepły wieczór był jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Koncerty dają mi wiele radości, spełniają się moje marzenia. Po powrocie do domu i przez kolejne kilka dni, grupy na facebooku co chwila wrzucały linki do piosenek z koncertu na youtubie, które oczywiście polecam! Żeby obejrzeć je wszystkie trzeba by chyba kilkudziesięciu dni, a to i tak nie odda tego wydarzenia na żywo, jedynie może stanowić wspomnienie dla tych, którzy tam byli.

    Było pięknie, niesamowicie, cudownie, ale przede mną i tak koncert życia... Roger Waters z płytą The Wall moich ukochanych Pink Floydów!
  • Eric Clapton 7.06.2013

    30 jun 2013, 19:59

    Minęły już 3 tygodnie od koncertu, warto byłoby w końcu dodać wpis z tego wspaniałego dnia...

    Wyjechałam z mojego rodzinnego miasta o godzinie 15:00 i przez 2,5 h doskwierał nam (byłam z bratem) ogromny upał - jeszcze nie doczekaliśmy się klimatyzacji w pociągach Regio :)
    Drzwi do Atlas Areny otwierano o 18, a my dotarliśmy o 17:30. Gdy zobaczyłam długie kolejki, byłam pewna że na dobre miejsce na Golden Circle nie ma co liczyć. Jednak gdy czekaliśmy, podszedł do nas jeden z dowodzących ruchem, że możemy spokojnie wejść inną bramą, gdzie jeszcze nie było dużej kolejki. Wtedy pomyślałam - jest nadzieja. Zostawiliśmy rzeczy w szatni i czym prędzej udaliśmy się na nasze miejsce. Ku mojemu zdziwieniu, nie było jeszcze zbyt wielu ludzi. Staliśmy jakieś 4 m od sceny, spotkałam tam last.fmowego znajomego (pozdrowienia dla Michała) i z niecierpliwością czekaliśmy na występ supportu.

    Godzina 19 z minutami, na scenę wychodzi zespół Andy Fairweather Low, nieznany nam kompletnie zagrał znakomicie, rozgrzał publiczność i skrócił czas oczekiwania na występ Erica. Członkowie owego zespołu to dojrzali panowie, którzy grając wyróżniali się niesamowitą wirtuozerią. Zdecydowanie było czego posłuchać.

    Kilka chwil później na scenie pojawił się ON - 68letni gitarzysta, ubrany w jeansy i granatową polówkę, dzierżący czarno-białego Fendera... To nie może być prawda, król bluesa stoi przed nami w całej swej okazałości. A jednak to nie sen. Zaczął od utworu 'Hello Old Friend', który wokalnie wybrzmiał imponująco wraz z dwuosobowym żeńskim chórkiem. (swoją drogą zauważyłam, że zwykle w takich chórkach są ciemnoskóre kobiety o nieznacznej nadwadze - mają siłę w płucach ;) ) Warto zwrócić uwagę na wszystkich instrumentalistów, którzy współtworzyli tę muzykę. Szczególnie ogromne wrażenie wywarli na mnie klawiszowce, co najbardziej dało się słyszeć w 'It Ain't Easy (To Love Somebody)'.

    Co najbardziej utkwiło mi w głowie? Bisy. Tu wstawiam link do piosenki, która zatrzęsła całą Atlas Areną i dała mi mnóstwo energii. Reakcja publiki bezcenna. Swoją drogą nie rozumiem jak niektórzy mogli wychodzić przed bisami, tyle przegrać...

    WIDZIAŁAM LEGENDĘ. Jednak pewna rzecz mnie zasmuciła. Eric nie miał dobrego kontaktu z publicznością. Miałam wrażenie, że przyszedł, zrobił swoje i poszedł. Nie próbował mówić po polsku i rzucał tylko suche 'thank you'. Wiem, że wiek swoje robi, ale jeśli czuł się na tyle silny, by wyruszyć w trasę, to mógł choć trochę z nami porozmawiać.

    Na koniec chciałam dodać jeszcze, że koncert odbył się w przeddzień moich 20 urodzin, 7 czerwca był ostatnim dniem mego nastoletniego życia i było to cudowne zwieńczenie :) miałam ze sobą kartonik z napisem 'Thanks for coming to my 20th b-day' (lekko nagięta rzeczywistość) i chyba w końcu to przeczytał, a nawet jeśli nie to miałam niezłą zabawę, gdy przypadkowi ludzie składali mi życzenia.

    Do zobaczenia na kolejnych koncertach!

    PS. A gdyby tak jechać na Crossroads Festival? :)
  • Mark Knopfler 8.05.2013

    11 maj 2013, 12:09

    Właściwie nie wiem od czego zacząć pisząc relację z tego wspaniałego koncertu... Chyba najlepiej od początku ;)

    Godzina 8:40 - odjeżdżam pociągiem osobowym z Poznania do Łodzi, pogoda zdecydowanie dopisuje. Jazda przez prawie 5 godzin była nieco uciążliwa, pociąg zatrzymywał się w każdej wiosce, ale dla studentki była to najlepsza opcja, bo bilet wyniósł mnie tylko 16 zł :D (z powrotem tyle samo!). O 13.30 dojechałam na miejsce, do zupełnie obcego mi miasta, na szczęście już tam czekała na mnie kochana koleżanka, która zdecydowała się mnie przenocować (w tym miejscu pozdrawiam gorąco Lidkę :*). Zabrała mnie do siebie, nakarmiła, napoiła (:D), a potem spędziłam kilka godzin przed, w trakcie i po koncercie z lasfmowym kolegą! (pozdrowienia dla Daniela :*) A teraz kilka słów o samym występie:

    Mark Knopfler wyruszył w trasę promująca płytę wydaną w 2012 roku - Privateering, więc na setliście pojawiło się najwięcej utworów z tego albumu. Choć wiadomo, że publika czekała na największe przeboje Dire Straits, to piosenki zagrane z jego solowych płyt były równie cudowne (choćby pierwsza z zagranych - What It Is). Marek cały czas gra na czerwonym Fenderze (i tak cały czas zmieniał gitary ;p), niestety już nie tak żywiołowo jak kilkadziesiąt lat temu (chciałabym usłyszeć Sultans of Swing jak w wersji Alchemy, ale to niemożliwe). Styl grania Knopflera jest już nieco wolniejszy i spokojniejszy - między innymi dlatego Privateering ma bluesowo-folkowy charakter - ale czego wymagać od dojrzałego muzyka? ;) Natomiast jego wokal - nieskazitelny! Ma cudowny głos, który potrafi zaczarować każdego... Z reperturaru Dire Strais zagrał Romeo and Juliet, Sultans of Swing, Telegraph Road, w bisach - Brothers in Arms i So Far Away. Zabrakło mi Money For Nothing, Tunnel Of Love i Expresso Love, może jeszcze Walk Of Life, no ale i tak nie ma na co narzekać jeśli chodzi o dobór piosenek. Jedyne, na co mogę narzekać to miejsca siedzące, z dala od sceny... Za późno obudziłam się z kupnem biletu i pozostało mi siedzieć w sektorze C2. Poza tym, żałuję że w ogóle Live Nation nie zdecydowało się na miejsca stojące na płycie, bo po pierwsze weszłoby znacznie więcej osób, a po drugie można poskakać, potańczyć, cokolwiek... Przyszło mi słuchać muzyki moich rodziców (z czego nota bene jestem bardzo dumna), więc koncert był dostosowany do średniej wieku, ale to było trochę nieprzemyślane... Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na muzyków, którzy grali razem z Markiem. Niezwykle profesjonalna obsada, flety, dudy i klawisze made me feel like in heaven :) Dźwiękowcy trochę nawalili bo nie zawsze było wszystko idealnie słychać, ale poza tym czułam, że jestem szczęśliwa... Szczególnie, gdy w bisach usłyszałam Brothers in Arms - ciarki i łzy cisnące się do oczu, coś nie do opisania. Dlatego tak bardzo lubię jeździć na koncerty, by poczuć tę atmosferę i magię, zobaczyć ukochanego muzyka na żywo.

    To był pierwszy z ważniejszych koncertów tego roku. Czekają mnie jeszcze 3, odliczam! Czekajcie na relacje albo i lepiej - sami kupujcie bilety i wybierajcie się na koncerty! Polecam każdemu, dla kogo muzyka stanowi jeden z najważniejszych elementów w życiu. Pięknie jest potem powspominać :)
  • Scorpions 31.08.2012

    3 sep 2012, 17:08

    Czy mogłam sobie wymarzyć lepsze zakończenie wakacji? Oczywiście, że tak, bo one się jeszcze nie kończą! Jednak we wrześniu nie zaplanowałam w swoim budżecie żadnych koncertów (i tak nie ma nic ciekawego). TO BYŁ ZDECYDOWANIE NAJLEPSZY KONCERT NA JAKIM BYŁAM! Szczerze mówiąc nie zaliczam się do typowych metali - skórzane kurtki, glany i kostki z naszywkami. Ale pogo jest AWESOME! :D Udało nam się wbić pod scenę po prawej stronie, gdzie kapało ze stelażu.. Warunki pogodowe nie sprzyjały zdecydowanie, ale dla kogoś kto uzbroił się w płaszcz przeciwdeszczowy nie było żadnego problemu (np. dla mnie :D). Czekałyśmy godzinę na pierwszy support. Wszedł Big Cyc, żywiołowe piosenki z humorem, odśpiewana Makumba i Dres, pozytywna energia. Potem wszedł Maleńczuk... czyli zamulanie, zasypianie i marznięcie - jednym słowem NUDY. Po nim naprawdę mi się odechciało.. Trochę zmarzłam, dodatkowo jakaś babka po 40tce miała pretensje, że się pcham. Kij jej w oko! (jak zaczęło się pogo to na pewno ją zmiotło). Scorpions zaczęli z takim powerem, że i mnie się udzieliło! Nie wiedziałam nawet, że to tak genialnie działa. Czułam się cudownie, emocje sięgały zenitu. Pierwsze piosenki zagrali według setlist, które wcześniej przeglądałam, ale jak zagrali balladę 'The Best Is Yet To Come' i potem 'Send Me An Angel' to miałam łzy w oczach.. Po trzeciej balladzie - 'Holiday' zaśpiewaliśmy Schenkerowi 'Happy Birthday' i 'Sto lat'. Nawet nie wiem, kiedy zleciał ten koncert. Jak w mgnieniu oka. Zespół miał genialny kontakt z publicznością, rzucali mnóstwo pałeczek i kostek, szaleli na scenie. Najlepszy był drummer - James Kottak. Niezła solówka, wytatuowane plecy napisem - 'ROCK AND ROLL FOREVER', całkiem szalony i pozytywny gość. Atmosfery, która tam panowała nawet nie da się opisać. A oto utwory, które zagrali:
    1. Make It Real
    2. Is There Anybody There?
    3. The Zoo
    4. Coast to Coast
    5. Loving You Sunday Morning
    6. The Best Is Yet to Come
    7. Send Me an Angel
    8. Holiday (Happy Birthday to Rudy after the song)
    9. Raised on Rock
    10. Tease Me Please Me
    11. Hit Between the Eyes
    12. Kottak Attack
    13. Blackout
    14. Six String Sting
    15. Big City Nights
    Encore:
    16. Still Loving You
    17, Wind of Change
    18. Rock You Like a Hurricane
    Sam koncert to jeszcze nic! Dzięki ludziom z lastfma dowiedziałam się, że w jednym z wrocławskich klubów ma być after party. Obczaiłyśmy dojazd od zajezdni i wybrałyśmy się tam po północy. 'Od zmierzchu do świtu' okazał się być bardzo klimatycznym, rockowym miejscem o cudownym wystroju. Zagrał tam zespół Stirwater, czyli Mąciwoda (nazwisko basisty Scorpions). Po jakimś czasie pokazał się również Kottak :) udało nam się zdobyć jego autograf i zdjęcia z nim i Mąciwodą. Warto było wydać te 20 zł za wejście :D Więcej takich imprez! :)
  • 6. Festiwal Legend Rocka 13-14.07.2012

    17 jul 2012, 11:30

    Zacznę od tego, że udało mi się wygrać podwójne zaproszenie na koncerty w Dolinie Charlotty :) karnet na dwa dni sprawił mi największą radość, bo wiedziałam, że będzie to najlepszy wyjazd w te wakacje. Razem ze swoją przyjaciółką spędziłam zajebiste 3 dni w Słupsku i Ustce. Zabrakło mi tylko 2 rzeczy podczas koncertów - 1. podczas występu Doorsów byłam daleko od sceny ;< 2. pogoda w ogóle nie dopisała... Mimo to bawiłyśmy się rewelacyjnie, wokół większość ludzi z 50 na karku :D a gdy już weszli na scenę to nie widziałam tego, co było, została sama muzyka. Wokalista miał niemal identyczny głos jak Morrison, co więcej z daleka nawet go przypominał! Ray Manzarek okazał się być bardzo zabawnym gościem :D powiem szczerze że wcześniej nie przepadałam aż tak za muzyką The Doors. wiem jednak że aby poczuć te prawdziwą muzykę trzeba naprawdę mocno się w nią wczuć, poznać historię grupy i całą otoczkę, aby docenić dzieła, jakie stworzyli. Tak, to z pewnością dzieła. A oto setlista:
    1. Roadhouse Blues
    2. Break On Through
    3. 5 to 1
    4. Peace Frog
    5. When the Music's Over (ulubiona piosenka Jima)
    6. People are Strange
    7. Alabama Song
    8. Back Door Man
    9. Riders on the Storm
    10. Touch Me
    11. Spanish Caravan
    12. L.A. Woman
    BIS: Light My Fire
    Drugi dzień był pod tym względem lepszy, ponieważ byłyśmy pod samą sceną. Nie znałam tych zespołów dobrze, jedyne co to kilka odtworzeń, ale nie da się tego zapamiętać. Wydawały się nudne, jednak na koncercie dały czadu! Savoy Brown, który wg mnie miał być najnudniejszy okazał się najlepszy! Świetne bluesowe rytmy, harmonijka, saksofon, długie i mocne solówki... Cudo :) Nie obyło się bez interwencji ochroniarzy, jakiś koleś wskoczył na scenę, chciał być fajny...

    Pozostaje mi podsumować - BYŁO ZAJEBIŚCIE! I kto wie, czy ten festiwal nie wpisze się na stałe do mojego kalendarza :) Czekam na Roberta Planta i Jimmiego Page'a, Davida Gilmoura, Marka Knopflera! :D a wcześniej może uda się wygrać bilety na sierpniową odsłonę?
  • The Australian Pink Floyd Show (Aussie Floyd) 21.01.2012

    29 jan 2012, 11:04

    koncert The Australian Pink Floyd Show (Aussie Floyd)
    Warszawa - Torwar pod sceną

    Part One

    1. In the Flesh?
    2. Take It Back
    3. Sorrow
    4. Set the Controls for the Heart of the Sun
    5. On the Turning Away
    6. Pigs (Three Different Ones)
    7. High Hopes
    8. Another Brick in the Wall Part 2

    Part Two

    9. Shine On You Crazy Diamond (Parts I-V)
    10. Astronomy Domine
    11. Time
    12. The Great Gig in the Sky
    13. The Fletcher Memorial Home
    14. Keep Talking
    15. Us and Them
    16. Wish You Were Here
    17. One of These Days

    Encore:

    18. Comfortably Numb

    Encore 2:

    19. Run Like Hell

    na scenie: postać nauczyciela ze wskaźnikiem, kangur, świnia, ogromna kryształowa kula, efekty świetlne.

    Wg mnie najlepiej wypadły utwory - Pigs, The Fletcher Memorial Home, The Great Gig in the Sky. Zawiodłam się na Wish You Were Here, być może dlatego, że za dużo oczekiwałam.
    Co najbardziej mi się podobało? Zarówno początek I części jak i II. Równo o 20:00 rozbrzmiała piosenka In The Flesh? - pierwsza z płyty The Wall. Natomiast przed rozpoczęciem II części artyści puścili urywki piosenek wczesnego Pink Floyd - za Syda Barretta, po czym zaśpiewali dedykowaną mu piosenkę Shine On You Crazy Diamond.
    Koncert był rewelacyjny. Ku memu zdziwieniu pojawiło się dużo młodych ludzi. Jak widać - Pink Floyd to zespół ponadczasowy, jedyny w swoim rodzaju. Jeśli jeszcze będę miała okazję, to wybiorę się kolejny raz na koncert australijskiego Floyda, ale marzę o tym, aby zobaczyć choćby jednego z członków, najbardziej Gilmoura, czy Watersa...